Ciąża pozamaciczna - dylematy moralne

Witajcie.
Jestem osobą wierzącą i praktykującą. Nigdy nie stosowałam żadnej antykoncepcji, tabletek hormonalnych itp - tylko NPR. Chciałabym podzielić się z Wami moją historią, bo być może któraś z Was przeżyła podobną traumę związaną z ciążą pozamaciczną i nie potrafi sobie poradzić z bólem i emocjami, które nie pozwalają cieszyć się życiem i pogodzić się z tym co się stało.

W tym roku po bardzo trudnych dla mnie doświadczeniach w życiu prywatnym, opóźniła mi się owulacja. Byłam wtedy pewna, że już jej nie będzie, bo zbyt długo nie nadchodziła i w ciągu tych wszystkich lat obserwacji zawsze występowała między 14-17 dniem cyklu i nigdy później, a że zdarzało mi się raz w roku mieć cykl bez owulacji, stwierdziłam, że pewnie tak jest i teraz i  przestałam się badać (prowadzić obserwację) i zaczęliśmy współżyć z mężem. "Co ma być to będzie" - pomyślałam, zawsze chciałam mieć drugie dziecko, więc byłam otwarta na ewentualny DAR ŻYCIA od Pana Boga i stało się.

Pierwsze dwa testy wyszły negatywne, ale miesiączka dalej nie przychodziła. Powtórzyłam zatem test po tygodniu i pokazały się dwie wymarzone kreseczki. Jestem w ciąży! Byłam przeszczęśliwa! Poszłam do pierwszego lekarza i usłyszałam, że nie jestem w ciąży. Lekarz stwierdził, że ciąży nie ma, bo nic nie widzi na usg. Uznał, że mam zaburzenia hormonalne i przepisał mi środki wczesnoporonne, których nie wykupiłam i nie wzięłam!!! Byłam oburzona jak lekarz mógł mnie tak potraktować, że nie wziął pod uwagę faktu, że testy ciążowe wychodzą dodatnie! Na drugi dzień poszłam i zrobiłam sobie wynik Beta HCG z krwi, który wskazywał na 4 tydzień ciąży. Była to wczesna ciąża, stąd lekarz miał prawo nic nie widzieć na USG, ale nie miał prawa potraktować mojego dziecka jako "problem", którego chcę się pozbyć!!! Powinien mi zlecić badanie Beta HCG, a nie przepisywać środki wczesnoporonne!!! Po tygodniu poszłam do innego lekarza i usłyszałam to samo:
"Przykro mi, ale ciąży nie widzę. Proszę zrobić ponowny wynik Beta HCG i przyjść z tym wynikiem jeszcze dziś do mnie, bo może to być ciąża pozamaciczna". Wystraszyłam się. Szybko pobiegłam do laboratorium i pobrałam krew. Po kilku godzinach miałam już wynik w ręku i okazało się, że poziom Beta HCG spadł aż o połowę - moje dzieciątko umiera... Udałam się do lekarza ze łzami w oczach, bo wiedziałam, że doszło najprawdopodobniej do poronienia i przyjdzie niebawem krwawienie i wiecie co usłyszałam?
" Jest dobrze wynik spadł to na pewno nie ciąża, a już na pewno nie pozamaciczna. Ma Pani zaburzenia hormonalne, proszę zrobić poziom hormonów i oczekiwać miesiączki na dniach" Byłam zrozpaczona ... Nikt nie traktował mnie i poczętego dziecka poważnie. Na drugi dzień dostałam potwornych bóli, myślałam, że rozrywa mi lewy jajnik - zaczęłam krwawić. Mąż zawiózł mnie do szpitala, a tam zbadała mnie doktor katolicka i również stwierdziła, że ciąży nie widzi, że widocznie poroniłam ciążę na bardzo wczesnym etapie, dlatego nikt nie był w stanie zobaczyć dzieciątka na usg. Poinformowała mnie, że mam potraktować to krwawienie jak zwykłą miesiączkę, zrobić za 2 tygodnie powtórne badanie Beta HCG, które na pewno spadnie już do zera. Udałam się do domu w bólach, to nie było zwykłe krwawienie, wylatywały ze mnie gigantyczne skrzepy, a z każdym skrzepem pojawiał się potworny ból, że wśród tej krwi uchodzi życie mojego tak upragnionego dziecka... Nie mogłam przez dłuższy czas dojść do siebie, a to był dopiero początek mojego piekła ...

Po 10 dniach powróciły objawy ciąży, mdłości, złe samopoczucie, ból piersi ... Wystraszyłam się i pobiegłam robić szybko badanie Beta HCG z krwi i ku mojemu zaskoczeniu poziom hormonu zaczął znów rosnąć. Powtórzyłam badania jeszcze 2 razy (co drugi dzień) i poziom hormonu stale rósł, ale w bardzo wolnym tempie, co świadczyło, że jest ciąża, ale nie rozwija się prawidłowo, bądź mam "resztki" w macicy i będę musiała być czyszczona po poronieniu.

Udałam się do czwartego lekarza z nadzieją, że w końcu ktoś wysłucha mojej historii i powie mi co się ze mną dzieje. To był pierwszy lekarz, który potraktował mnie poważnie, powiedział, że jest pewien, że jest to wczesna ciąża pozamaciczna, że kieruje mnie do szpitala, bo w razie jakby się coś zaczęło dziać niepokojącego będę musiała mieć wykonany zabieg. I tak udałam się do szpitala. Ordynator ciepło mnie przyjął. Zostawił mnie na obserwacji i powiedział:
"Mam nadzieję, że ciąża się pokaże, ale w macicy, że to jednak nie pozamaciczna. To bardzo wczesna ciąża, więc wszystko może się zdarzyć" - dodał mi otuchy. W szpitalu miałam robiony co 2 dzień poziom Beta HCG, niestety drugi wynik nie wskazywał nic dobrego poziom Beta HCG minimalnie spadł. Rozwój ciąży zatrzymał się ... I znów ta sama rozpacz, moje dzieciątko zaczyna umierać ... Tego samego dnia wieczorem dostałam potwornych bóli, ale tym razem bolał mnie prawy jajnik. Zaczęłam krwawić ciemną jakby żylną krwią, co bardzo mnie zaniepokoiło. Lekarz dyżurujący nawet do mnie nie zajrzał. Poinformował położne, że w razie czego mają mi podać coś p/bólowego, a macica być może sama się oczyści i nie będzie zabiegu.

I tak krwawiłam do rana... Rano źle się czułam, miałam objawy podrażnienia otrzewnej. Po obchodzie lekarze pilnie wezwali mnie na badanie, zrobiono mi USG. Gdy chciałam się czegokolwiek dowiedzieć - lekarz krzyczał po mnie, że jest zajęty, żeby mu teraz nie przeszkadzać, był strasznie zdenerwowany, a może przerażony? Mówił coś do innych lekarzy, usłyszałam tylko, że pojawił się pęcherzyk... Lekarz zbadał mnie i podczas badania krwawienie nasiliło się. To badanie było dla mnie piekłem - ból był nie do opisania. Cały mój brzuch bronił się przed badaniem. W końcu lekarz zapytał:
"Czy jadła Pani coś rano?" Odpowiedziałam, że jeszcze nie. I wtedy usłyszałam:
"Przykro mi bardzo, ale musimy brać Panią na stół. Nie możemy wykonać laparoskopii, muszę Panią "otworzyć" tradycyjnie, muszę zobaczyć co się dzieje w brzuchu". I tak w przeciągu 30 minut w trybie pilnym przygotowano mnie do operacji i leżałam już na bloku operacyjnym. Nie wiem co się ze mną działo. Czy zaczynała się lać krew do brzucha i stąd tak szybka decyzja o operacji. Nie miałam chwili na jakiekolwiek rozmyślania, zadawanie pytań ... szukałam gdzieś księdza, który jak na złość nie zjawił się w tym dniu na oddziale ... Tak bardzo potrzebowałam komunii z Bogiem ... Zapłakana zadzwoniłam do męża i siostry, że muszę mieć pilną operację, że coś jest nie tak ... że boję się ...

Ocknęłam się po wszystkim ... Po operacji otoczono mnie wspaniałą opieką ... Mam tylko żal do lekarza, który podjął decyzję o operacji, że nie poinformował mnie co się dzieje, że po operacji nie przyszedł i nie powiedział co zrobili czy mam wszystko zachowane czy musieli mi coś amputować ... Żyłam w nieświadomości przez 2 dni, wylałam wiele łez. W końcu inny lekarz przyszedł i powiedział, że będę mogła mieć jeszcze dzieci, że pęcherzyk ciążowy był w takim miejscu ulokowany, że nie musieli mi nic nacinać. Był zagnieżdżony w jajowodzie w strzępkach (bardzo rzadki przypadek, podobnie jak ciąża brzuszna) i udało im się go w całości dosłownie "wycisnąć" z jajowodu (brzmi to dla mnie strasznie ... w końcu to był początek nowego życia, moje nienarodzone maleństwo), nawet mnie nie tknięto w środku skalpelem.

Dziś minął kolejny tydzień od tego zdarzenia ... Bóg jeden wie jak cierpię ... Powierzyłam moje dzieciątka Najświętszej Panience, prosząc aby tuliła do swojego serca moje aniołki, których ja przytulić do serca nie mogłam ... (myślę, że byłam w dwóch ciążach równocześnie, pierwsze krwawienie to poronienie pierwszego dzieciątka, a potem rozpoznanie ciąży pozamacicznej).

Modliłam się o CUD, ale CUD nie nastał ... Bóg postawił mnie w trudnej dla mnie sytuacji ... Nie umiem się pozbierać, cierpię każdego dnia z powodu utraty dziecka ...  Pragnęłam z całego serca tego dziecka ... modliłam się o CUD ... ale nie został mi on dany ... Każdego dnia przeżywam ogromny ból i cierpienie i ufam Bogu, że po śmierci będzie mi dane przytulić moje dzieci, które utraciłam, że będę mogła tulić je do serca i mówić, że KOCHAM, że zawsze kochałam od pierwszych chwil ich poczęcia ...

Kilka lat temu podjęłam się Duchowej Adopcji, modliłam się również w intencji znajomej i jej dziecka, które miało mieć wady genetyczne, a urodziło się zupełnie zdrowe, działałam w Obronie Życia, a Bóg postawił mnie w tak trudnej sytuacji ... wszystko stało się tak nagle ... nie miałam czasu na rozmyślania ... zadawanie pytań ... Boże Ty wiesz jak bardzo chciałam tego dziecka, jak długo na nie czekałam ...

Stało się co się stało ... Nie wiem jaki cel ma w tym Bóg ... miałam do Niego żal, że nie wysłuchał moich próśb, że CUDEM dzieciątko nie zagnieździło się w macicy ...
Pozostało mi teraz ufać, że Bóg ma w tym jakiś plan ... Skoro CUD nie nastał być może ja mam zostać tym CUDEM i wspierać inne matki, które przeszły przez ciążę pozamaciczną?  Stąd ten wpis.

Niektóre kobiety na forach dyskusyjnych pytają czy usunięcie ciąży pozamacicznej to aborcja?
Wiem jedno - usunięcie ciąży pozamacicznej to ratowanie życia, które można uratować. Takie dzieciątko nie ma szans na przeżycie, dlatego ratuje się matki. Dobrze jak lekarze się nie spieszą z zabiegiem, dobrze jak jest możliwość poczekania aż dzieciątko wpierw umrze, a potem zabieg. Ale wiem też, że czasami lekarze mają do czynienia z pękniętym jajowodem, a płód jeszcze żyje i co wtedy? Mają pozwolić umrzeć matce i dziecku? Ratuje się wtedy to życie, które można uratować, które ma szanse żyć. Kilkutygodniowy płód nie ma szans na przeżycie, dlatego ratuje się matki. Gdy nie uratuje się matki to w konsekwencji i tak umrze maleństwo. Ciąża pozamaciczna to trudny temat i tylko wierzące matki i lekarze, którzy zetknęli się z tym problemem wiedzą jak wielki ból towarzyszy podczas podejmowania decyzji o ewakuacji ciąży.

Usunięcie ciąży pozamacicznej to EWAKUACJA, a nie aborcja. Aborcja jest wtedy, gdy zabija się świadomie dziecko, bo tak mi wygodniej, bo go nie chcę, bo kariera ważniejsza, bo nie chcę więcej dzieci, bo może urodzić się chore, bo mąż niezadowolony i kazał, bo nie jestem gotowa by zostać matką itp. Aborcja to świadomy akt, robi się ją z premedytacją.
W przypadku ciąży pozamacicznej nie mamy wpływu na to gdzie zagnieździł się zarodek, nie mamy możliwości "przenieść" zarodka do macicy, by tam się zagnieździł (ufam, że medycyna kiedyś będzie w stanie dokonywać takich rzeczy). Z całego serca pragnęłyśmy tego dziecka, a z jakiś powodów nie było nam dane urodzić tego dzieciątka. Dlatego nie obwiniaj siebie za to co się stało. Oddaj to Panu Bogu i pozwól by ON Cię uzdrowił, a za jakiś czas, gdy ból i strach przed kolejną ciążą minie - ponownie zacznijcie z mężem współpracować ze STWÓRCĄ - to że byłaś w ciąży pozamacicznej nie znaczy, że kolejna zakończy się tak samo :)

Jeśli, któraś z Was boryka się z podobnymi dylematami moralnymi, polecam te artykuły:
1) http://www.opoka.org.pl/biblioteka/F/FE/gn201111-podwojny.html

2) http://gosc.pl/doc/802090.Kosciol-kobiet-nie-zabija/2

Mam nadzieję, że mogłam swoim wpisem komuś pomóc i wesprzeć na duchu.

Pozdrawiam w Panu :)